Świat rozpada się na naszych oczach. Płoną lasy, bagna i torfowiska. Planeta, na której żyjemy jest metodycznie maltretowana, niszczona i przejadana. Trudno znieść myśl o milionach zwierząt prowadzonych na rzeź. Jak objąć sercem ogrom cierpienia niezliczonych czujących istot? Konflikty, ubóstwo, przemoc. Cierpienie jest wszechobejmujące. Czy da się pomieścić je w miękkim, czującym sercu? Czy można być zadowolonym, radosną? Czy wypada? Jakoś ja nie potrafię. A szkoda, bo może powinnam.

Tak przynajmniej zdaje się twierdzić cała kultura, w której przyszło nam żyć. Uśmiechnij się, głowa do góry! Te wyświechtane slogany wbiły się w nasz wspólnotowy krwiobieg tak silne, że stały się w zasadzie integralną częścią naszych codziennych tożsamości. Swoją życiową energię i witalne siły przeznaczamy na podtrzymywanie coraz trudniejszego do udźwignięcia przekonania, że możemy wieść dobre, szczęśliwe życie w wolnym od trosk spokoju. Tak wyobrażamy sobie raj – niezmącony smutkiem i innymi nieprzyjemnymi doznaniami moralnymi i emocjonalnymi stan bezmyślnego samozadowolenia. Utrzymanie tego złudzenia kosztuje nas coraz więcej i coraz bardziej oczywistym staje się, że na dłuższą metę jest to projekt niemożliwy do zrealizowania.

Może warto więc w końcu zredefiniować nasze powszechne przekonania na temat szczęścia. Chris Johnstone, współautor wraz z Joanną Macy książki „Active Hope. How to Face the Mess We’re in without Going Crazy” wygłosił pewnego razu wykład pod znamiennym tytułem „Jak stawianie czoła złym informacjom o świecie może uczynić cię szczęśliwszym?”. Dla osób pielęgnujących kulturowe przeświadczenie o konieczności nieustannej pogoni za szczęściem rozumianym jako wolność od wszelkich trosk zaproszenie na tak zatytułowany wykład zakrawa przynajmniej o ponury żart. W istocie ponure poczucie smutku czy rozpaczy zdaje się nie tylko korzystne dla nas rozwojowo, ale jest warunkiem sine qua non głębokiego poczucia szczęścia.

Zasadniczo różnica między najpowszechniejszym rozumieniem szczęścia jako niezmąconej niczym idylli, a głębszym pojmowaniem tego stanu tkwi w tym, czy rozumiemy szczęście jako coś, co należałoby posiąść, czy raczej jako drogę i proces. Coś co mamy czy coś, co robimy.

To pierwsze rozumienie wikła nas w konieczność zaprzęgnięcia wszystkich życiowych działań tylko po to, by ostatecznie osiągnąć upragniony stan zadowolenia. Głębokie przekonania mu towarzyszące, często nieuświadomione, zdają się mówić: „Musisz osiągnąć jeszcze tylko…”, „Wystarczy, że zdobędziesz…”, „Jeśli tylko zmienisz się tak, by…”. To historia biedy i niedostatku, z którego wypływają nasze wszystkie dążenia, które doprowadzić mają do zmiany tego nieprzyjemnego stanu i doprowadzić do błogostanu. Wydaje się, że cała nasza cywilizacja jest zbudowana na tym paradygmacie. I mówi: konsumuj więcej i więcej. Bo po pierwszym zwycięstwie, pierwszej zdobyczy, pierwszym akcie poprawienia siebie okazuje się, nie wiedzieć czemu, że jednak tego samozadowolenia i wolnego od trosk spokoju jakoś nie osiągamy, a horyzont naszego szczęścia co rusz przesuwa się i woła, byśmy gonili go w kolejnych desperackich działaniach, pogrążeni cały czas w poczuciu pretensji i resentymentu. W takim ujęciu spraw stoimy raczej po stronie Frommowskiego mieć. Mamy partnerkę, męża, koleżankę, przyjaciela. Więc mamy prawo oczekiwać. Mamy wiedzę, więc mamy prawo mówić innym jak jest. Mamy władzę i wpływy, więc możemy ich używać, by kontrolować innych dostosowując ich działania do naszej woli. W końcu mamy przyrodę, więc możemy ją klasyfikować, odróżniając pożyteczne organizmy od szkodników, przetwarzać, używać i zabijać. Bo ciągle żyjemy w przeświadczeniu ułomności, w przekonaniu, że czegoś nam brakuje i to, czego nam brakuje możemy, a nawet powinniśmy zdobyć i zagarnąć. Piszę „mamy”, bo zdaje mi się, że każdemu i każdej z nas takie myślenie czasem towarzyszy.

Jest jednak wyjście z tego destrukcyjnego impasu. Może po prostu być? Przyjaźnić się, kochać, być w bliskich relacjach. Bez oczekiwań i roszczeń, w przekonaniu, że sam proces jest celem. W ciągłej zmienności naszych emocji, uczuć i potrzeb. Droga do szczęścia jest szczęściem. Poznawać i ciekawić się w przeświadczeniu, że samo poznawanie jest celem, ze świadomością, że nigdy nie zdobędziemy pełni wiedzy. Nie mamy wówczas potrzeby prawić kazań ani przekonywać innych do swoich racji, bo nie mamy potrzeby identyfikować się ze swoimi przekonaniami. Możemy działać, nie oczekując zdobycia władzy i wpływów, których użyjemy do panowania nad innymi. Być w przyrodzie, w zachwycie nad jej złożonością i nieokiełznaną zmiennością, bez potrzeby kontroli. W zakochaniu niepowtarzalnością, bo i natura i my – homo sapiens będący naturą – jesteśmy przemijaniem. Zmiana jest jedyną niezmienną tego świata.

Nie potrzebujemy niczego zdobywać ani zagarniać. Żeby dobrze pojąć o co tutaj chodzi trzeba pozbyć się iluzji wolnego od trosk stanu samozadowolenia majaczącego gdzieś na horyzoncie. Nie ma za czym gonić. Nigdy nie będziemy wolni od trosk, smutku, przerażenia i rozpaczy. W samo życie wpisane jest nieusuwalnie cierpienie i dopóki jesteśmy żywymi, czującymi istotami będzie nas to przejmować. Będziemy odczuwać ból.

Czym więc może być szczęście? Odczuwaniem bólu, strachu, złości, rozpaczy i smutku. I przyjmowaniem tych uczuć jako naturalnego procesu, dowodu na to, że żyjemy. I przypominaniem sobie każdorazowo, że jesteśmy częścią większej sieci życia, częścią żywej historii z jej odwiecznymi cyklami współuczestniczenia, jednością z czymś większym od nas, czego nie jesteśmy w stanie objąć, ale której możemy zawierzyć i zaufać. Jak pisze Joanna Macy: „Pamiętaj zawsze o odwiecznych cyklach współuczestniczenia. Zawierz im w tych ciężkich czasach. Dzięki twojej prawdziwej naturze i doświadczeniu drogi, którą przeszedłeś, posiadasz głęboką wiedzę jedności. Zawierz jej w tych czasach lęku. Posiadasz całą mądrość ziemi, całą mądrość egzystencji, niczego ci nie brak”. I ponieważ niczego ci nie brak, za niczym nie potrzebujesz gonić.

Anna Gierlińska

Anna Gierlińska

doktor filozofii, trenerka rekomendowana przez Stowarzyszenie Trenerów Organizacji Pozarządowych STOP. Prowadzę warsztaty edukacji ekologicznej i warsztaty filozoficzne dla dzieci, młodzieży i dorosłych oraz warsztaty rozwoju osobistego. Ukończyłam Szkołę Treningu Grupowego w Warszawie i polsko-niemiecki kurs Pedagogiki Dzikiej Przyrody. Poprzez swoje życie i to, co robię pragnę pomagać sobie i innym pełniej doświadczać swojego TU i TERAZ oraz uczyć się bycia bliżej Natury. Moim największym nauczycielem jest samo życie, takie jakim jest.